„Chicago Bulls. Gdyby ściany mogły mówić” – recenzja książki

„Chicago Bulls. Gdyby ściany mogły mówić” – recenzja książki

Rok 1996. Za oknem odradzający się kapitalizm i szare podwórka, popularniejsze wśród dzieciaków niż Tamagotchi i czapeczki z logo Charlotte Hornets. W TV finały najlepszej koszykarskiej ligi świata – NBA. Środek nocy, by załapać się na transmisję na żywo, bo jaki prawdziwy kibic zadowoliłby się byle powtórkami? Kiedy z ojcem ślęczeliśmy przed Diorą, gdzieś na drugim końcu świata ten szczęściarz Kent McDill mógł zobaczyć te cuda na własne oczy. A po prawie dwóch dekadach opisał wspomnienia w swojej książce. Dlatego teraz ja, podzielę się wrażeniami z lektury „Gdyby ściany mogły mówić”, opowiadającej o legendarnej drużynie Chicago Bulls.

Autor wydanej niedawno nakładem SQN książki przez ponad dekadę był korespondentem z wszystkich meczów legendarnych Byków. Widział każdą akcję, był świadkiem wzlotów i upadków, ekscesów Dennisa Rodmana i chwil, które znamy wyłącznie ze zdjęć. Miał dostęp do szatni Bulls i nieograniczoną możliwość rozmów ze wszystkimi członkami legendarnej ekipy. Po latach wydał książkę, podzieloną na ponad 70 rozdzialików. Każdy to krótka anegdota lub wspominki sprzed mniej więcej dwudziestu lat.  Problem w tym, że większość materiału jest po prostu okropnie nudna, a dla kibiców Bulls stanowczo zbyt oczywista. Głupi ja liczyłem na garść opowieści, o których nie miałem pojęcia. Podczas zeszłorocznego wypadu do Chicago usłyszałem wiele historii po wielokroć ciekawszych, które udowadniają ponad wszelką wątpliwość, że mieszkańcy Wietrznego Miasta do dnia dzisiejszego żyją pięknymi wspomnieniami z lat 90’.

Bulls

Tylko garstka z historyjek McDilla nosi znamię jakiejkolwiek unikalności. Ciężko mi uwierzyć, że wykonując pracę, za którą większość kibiców oddałoby diabłu duszę w dzierżawę, można podzielić się z czytelnikami wyłącznie historycznym planktonem. Bo to, że Jordan uwielbiał hazard, Rodman piękne kobiety, a Pippen narzekać na swoją rolę w teamie, nawet dla słabo zorientowanego kibica nie jest najmniejszym nawet novum. A to i tak jedne z największych „rewelacji” serwowanych nam przez autora.

Na plus zaliczę unoszący się nad lekturą duch starej, dobrej szkoły dziennikarstwa przedtwitterowego. Klimatycznego, choć dziś anachronicznego niczym pager na dnie mojej szuflady. I tak rozdziały ( stanowiące zaledwie kilka procent całości ) o kulisach zajęć McDilla, wypadają wielokrotnie lepiej niż denne opowiastki dziennikarza drużynie z Chicago.  Mam nieodparte wrażenie, że chyba nie takie były intencje autora.

Nigdy nie przepadałem za koszykarską drużyną z Chicago. W kolejnych finałach, w myśl zasady trzymania ze słabszym, kibicowałem kolejno drużynom z Seattle i Salt Lake City. Dopiero po latach doceniłem wielkość Bulls. Oni po prostu byli najlepsi. A śledzenie kolejnych akcji ( nawet mimo wiszącego nade mną widma pierwszego dzwonka w moment po zakończeniu transmisji ) było prawdziwym rollercoasterem emocji i najczystszą sportową przyjemnością. Czego nie można powiedzieć o książce Kenta McDilla. Bo gdyby ściany faktycznie mogły mówić, pewnie podzieliłyby się z nami czymś o niebo ciekawszym.

 

Ocena: 2 / 5


Marmolada bywa w bliskich relacjach z ciasteczkami (cookies).
Aha, okej
x