6 perełek American Film Festival 2016

6 perełek American Film Festival 2016

Za nami najciekawsza edycja wrocławskiego American Film Festival w historii. Prędzej spodziewałbym pustoszącego stolicę Dolnego Śląska tropikalnego tornado za oknem, niż tak doskonałego line-upu. A jednak! Pozostająca zawsze nieco w cieniu lipcowych Nowych Horyzontów impreza udowodniła nareszcie (w siódmej odsłownie), że nie jest już wyłącznie ciekawym zjawiskiem, ale dojrzałym graczem wśród polskich festiwali filmowych.

Poniżej sześć, z kilkunastu tytułów – które szczególnie zachwyciły mnie w ostatnim tygodniu (kolejność nieprzypadkowa, im niżej tym większe perełki).

6. „21x Nowy Jork” reż. Piotr Stasik

Ciekawy w swojej strukturze filmowy esej o samotności w centrum wszechświata. Mistrzowsko zmontowany, choć momentami nazbyt jednostronnie podporządkowany własnej tezie obraz, prezentujący Nowy Jork jako siedlisko dziwaków i życiowych nieudaczników szlajających się po niezliczonych stacjach metra, chyba wyłącznie po to, aby opowiedzieć komuś o swoich porażkach. Prezentacja multikulturowego miasta poprzez historie jego mieszkańców, to pomysł genialnie wykorzystany choćby na blogu „Humans of New York”. Tu zionie lekkim fałszem. Świetnie, że Piotr Stasik nie zadręcza nas ogranymi pocztówkami, które znamy z drugiej części „Kevina” czy filmografii Allena. Szkoda jednak, że całkowicie przegapia szczęście, czające się gdzieś w zaułkach Manhattanu.

OCENA: 3,5 / 5

21-x-NYC-CARLI-small

5. „Zwierzęta nocy” reż. Tom Ford

Tom Ford po raz kolejny nie zawiódł. Nie tylko udowodnił, że obok prowadzenia wielkiego domu mody można kręcić wspaniałe filmy, ale także po raz kolejny podarował nam wizualną perełkę, która w przeciwieństwie do „Neon Demon” Refna nie jest tylko popisem przedszkolaka, zjeżdżającego ze ślizgawki głową do dołu. I choć brak tu nieco świeżości i elementu zaskoczenia towarzyszącego premierze „Samotnego mężczyzny”, to całość prezentuje się wybornie. Do lutego jeszcze troszkę czasu, ale na miejscu Amy Adams już dziś uśmiechnąłbym się do Forda o ładną kieckę na przyszłoroczną galę rozdania Oscarów.

OCENA: 4 / 5

NOCTURNAL ANIMALS

4. „Paterson” reż. Jim Jarmush

Jim Jarmush w najlepszej formie od czasu „Broken Flowers” (2005 r.). Jeden z najważniejszych filmów roku i piękny dytyramb na cześć codzienności. Subtelny obraz rozprawiający się z głupkowatą tezą, że w życiu piękne są tylko chwile. Nowojorczyk szepce nam do ucha, że to raczej życie jest momentem, a każdy kolejny z pozornie szarych dni – esencją naszych wspomnień. I choć ciężko w to uwierzyć, historia mieszkającego w miasteczku Paterson kierowcy autobusu (rewelacyjny Adam Driver) uświadamia do bólu, że hipercentrum naszych przeżyć jest zawsze dzień dzisiejszy. I to nie tylko dlatego, że jutra po prostu może już nie być.

OCENA: 4,5 / 5

paterson_producers_interview_no_film_school_3

3. „ Człowiek – scyzoryk” reż. Dan Kwan, Daniel Scheinert

Od New York Timesa po Pudelka, rok temu świat obiegł news, że Daniel Radcliffe A.K.A. Harry Potter, zagra w eksperymentalnym filmie nie byle kogo, bo pierdzące zwłoki. Mam wrażenie, że nie byłem odosobniony w obawach o końcową jakość produktu.

O dziwo podczas seansu film – ciekawostka na naszych oczach zmienia się w pokrzepiający duszę traktat o przyjaźni i najlepszą komedię mijającego roku. Mamy tu i współczesną wariację na temat przygód Robinsona Cruzoe, genialnie ograne kino absurdu, świetne kreacje aktorskie, a także unoszący się nad wszystkim duch młodego Spielberga. Status kultowości przed 2025 rokiem gwarantowany.

OCENA: 4,5 / 5

swiss

2. „Oczy matki” reż. Nicolas Pesce

Jeden z najbardziej przerażających filmów jakie widziałem. Nie w ostatnim czasie. Kiedykolwiek. Przy obrazie Nicolasa Pesce wszelkie „Kręgi” i „Obecności” to produkcje sprowadzające się w zasadzie do wielkiego „buuuuuuum” nad uchem, wywołującego mimowolny podskok w fotelu nawet w momencie, gdy na ekranie przebiegnie odziany w różowy sweterek chichuachua. „Oczy matki” to wielkie kino grozy budowane wyłącznie przez klimat i niesamowitą grę aktorską Kiki Magalhaes, odcedzone ze wszystkich (poza subtelną muzyką) ozdobników, ubóstwianych przez dzisiejsze Hollywood. Genialne kino, nad którym unosi się duch zarówno dzieł Hitchcocka, Haneke jak i młodego Cronenberga.

OCENA: 5 / 5

maxresdefault

1. „Każdy by chciał” reż. Richard Linklater

Nikt dziś w USA nie ma takiego ucha do dialogów, jak właśnie Linklater. Dzięki talentowi reżysera po raz kolejny zapominamy, że oglądamy film, przenosząc się na dwie godziny do świata jego bohaterów. Z pozycji widza, stajemy się nagle naocznymi świadkami szalonych imprez, pierwszych miłości, koleżeńskich sprzeczek czy powolnego wchodzenia w dorosłość. I choć radosne lata w colleage’u to motyw ograny przez kino do granic możliwości, to nad „Każdy by tak chciał” (nawiązującej do kultowej „Uczniowskiej balangi”) unosi się jakaś ciężko definiowalna magia. A do tego niezapomniana muzyka, klimat i genialnie poprowadzone kreacje aktorskie. Wielka rzecz i sentymentalne tony w najlepszym wydaniu.

OCENA: 5 / 5

EWS+Quad+Final-1


Marmolada bywa w bliskich relacjach z ciasteczkami (cookies).
Aha, okej
x